środa, 13 sierpnia 2014

a lato było piękne tego roku

Ku pamięci potomnych - wiosna anno domini 2014 zaczęła się w Walentynki, lato 2 dni później. I tak trwamy w napięciu - skończy się dziś po południu, czy jutro rano? Ale póki co jakoś wręcz przeciwnie, słońce jak w Egipcie, masowo rozkładamy baseny w ogródkach i pomstujemy na wściekłe upały, co wyjątkowo tym razem nie jest narzekaniem dla narzekania, bo trzeba przyznać, że taka hica to ostatnio chyba w '39. Na plaży da się wytrzymać jakieś 17 sekund, potem dostajemy udaru słonecznego albo poparzenia meduzą. Osobiście nie bardzo rozumiem całe to szaleństwo, u mnie na kanapie przyjemny chłodek, w lodówce zapas lodu, woda w prysznicu letnia, jeżyny w ogródku dojrzewają porcjami w sam raz na kolejne ciasto. Nikt mnie nie przekona, że gdzieś jest przyjemniej. Nawet odgrzewane seriale smakują całkiem całkiem. Chwilo trwaj.

I tak jak zwykle, lato się skończy wczesńiej niż sie wszyscy spodziewają, czuję to. Może to dlatego, że pochłonęło mnie Starcie królów. A może nie.

sobota, 19 kwietnia 2014

niech się święci


wtorek, 15 kwietnia 2014

ach, to Ty

Krokusy już po, szafirki, żonkile, forsycja, magnolia, mirabelki zaraz kończą, brzoskwinie, morele, grusze, a za chwilę jabłonie, wiśnie, różaneczniki, tulipany, róże. Wszystko kwitnie. Jest tak pięknie, ze zapiera dech w piersiach. Ciekawa jestem bardzo, czy do takiej pogody można się przyzwyczaić? Czy po kilku latach bez zimy też dopadałaby mnie sezonowa depresja, czy jak w tym roku?

Nad morzem jeszcze trochę chłodno, ale za to pachnie. I co z tego, że ryby niby z mrożonki, z ubiegłorocznych połowów, kiedy smakują jakby je właśnie przed chwilą wyciągnęli z kutra. I mola. Uwielbiam mola, i ten klimat Bałtyku sprzed 25 lat, obecny właściwie wszędzie poza kurortami.

Co tu dużo gadać, cudnie jest. Idę zjeść kanapkę z trewalem na śniadanie.



PS. edit. bułka mi sie spaliła, a trewala zeżarł kot. drugi kot zerzygał się w międzyczasie na dywan (rzyganie współczulne? wtf?). czyli jednak standard.

niedziela, 23 lutego 2014

weekend sponsoruje literka A jak amoksycylina

Nie jest dobrze. Właściwie to gotowa byłabym amputować sobie część człowieka od tego miejsca, gdzie zaczynają się zmarszczki pod oczami do obojczyków mniej więcej. Boli jak skurwysyn, bardzo znaczy. Dawno nie byłam tak chora żeby nie musieć absolutnie nic stymulować, żeby wzbudzić współczucie i bez szemrania dostawać śniadanie do łóżka, przy czym w obecnym stanie jest mi właściwie wszystko jedno i nawet jajecznica ze szczypiorkiem nie robi na mnie wrażenia. Albo robi nie takie, jak potrzeba, bo wizja jej połknięcia jawi się jak wyszukane tortury. A mówiła mamusia, noś szalik, to nie.

A na dworze taka piękna wiosna! Życia żal na chorowanie.

czwartek, 30 stycznia 2014

tęskniliście?

Gdzie byłam, jak mnie nie było? A to różnie. Ale już wróciłam i jestem.

Powrót do najbardziej udanych nie należał, gdyż wychynąwszy stópką obutą w balerinkę w otoczenie o temperaturze bardziej niż ujemnej, miałam ochotę czem prędzej rzeczoną cofnąć i wrócić do miejsc, gdzie nie zawsze tak jak by się chciało dojrzałe arbuzy i uczulenie na krem z filtrem przeciwslonecznym były moimi głównymi zmartwieniami. Ale cofanie nie było opcją, niestety.

Wraz z ogłuszającym mrozem natychmiast dopadła mnie rzeczywistość dżęderowa, za kierownicą pijana i za granicą powstańcza, nie ma lekko. Koty zwinięte w kłębki objętości półkota każdy, patrzą z wyrzutem to na człowieka, to na kominek, na człwieka, na kminek, na człwka, na kmnk i domyśl się, o co może im chodzić. Udaję głupią, że niby wcale nie, że nie slyszałam nigdy o wymaganej temperaturze minimalnej osiemnastu stopni celsjusza (dla kota +5 stopni), ale dorzucam coś tam do ognia, człowiek też kot, też mu sie coś od życia należy. Ciepła miska i ciepłe łóżko, wcale nie takie oczywiste.

Wilk przewidywalny, ale ani trochę nie mniej smakowity, Bator wciągająca do ostatniej kartki, Wegner przenoszący w inny świat. Jest lepiej, choć nie idealnie. Ale podobno jeszcze tylko dwa miesiące i wszystko bedzie inaczej.

A co u Was?

sobota, 25 maja 2013

wtorek, 21 maja 2013

wierzę w rzeczy, co się nie kończą

Dorastam chyba, bo stwierdzam, że słońce na wakacjach jest nawet nie rzeczą drugorzędną, raczej siedzi sobie gdzieś tam pod balkonem, właściwie to ledwo cokolwiek widać z jego miejsca, zawsze ktoś zasłania. Ludzie, dobre żarcie, przyzwoity alkohol i zapas książek, i mnie nic wiecej do szczęścia nie trzeba. Nie żebym marzyła, żeby nagle zaczęło lać jak dzikie, ale zasadniczo wiele to by nie zmieniło.

Poza tym co, kościoły mnie już nie kręcą. Meczety owszem, świątynie buddyjskie nawet bardzo, cerkwie tak, synagogi zawsze, ale te nasze jakieś nudne są, odkąd straciły dla mnie aspekt duchowy, to jakoś przykro mi patrzeć na te kapiące złotem sufity, za które nawet nie chce mi sie wyobrażać, ile ciekawszych rzeczy można by zrobić. Kim trzeba być, żeby raczej wyłożyć podłogę marmurem i wysadzić ścianę błyskotkami? Jakieś niestosowne to sie wydaje w dzisiejszych czasach, nie na miejscu.

A już zupełnie dobija mnie fakt, że powoli godzę się ze swoją grubą dupą. Nastolatką będąc wierzyłam święcie (nomen omen), że schudnięcie do 45 kilogramów jest tylko kwestią czasu i właściwie to wystarczy trzydniowa głodówka. No cóż, i ta wiara sie we mnie zachwiała. Czas zmierzyć się z faktami, nie zacznę biegać od jutra ani nawet od poniedziałku, chyba nikt już w to nie wierzy.

Idę po wino.

środa, 8 maja 2013

rzeczy ostateczne

Czy komuś kiedyś zgniły tulipany? Otóż mnie zgniły. Tak normalnie, przywiozłam je sobie Z ZAGRANICY, z ojczyzny tulipana, w formie cebulek, na opakowaniu były namalowane takie piękne, czarne, skusiłam się i kupiłam, mimo że mąż pukał się w głowę, że 6 eurasków za tulipany to przesada. Ale nie, uparłam się i nabyłam, i już sobie wizualizowałam jak też morze czarnych kwiatów zaleje mój zachwaszczony ogród, a ja będę się przechadzać wśród nich upojona kwietnym zapachem. Wsadziłam w ziemię (doniczkową) pod dyktando babci, więc tu wtopy być nie może, w listopadzie roku ubiegłego. I tak czekałam. Wszystkim już zakwitły, a mnie nawet cień listeczka nie zakiełkował, więc postanowiłam sprawdzić i uderzyła mnie (w nozdrza głównie) okrutna prawda - zgniły na amen, raczej pewne jest, że nic już z nich nie będzie. Wywaliłam na kompost.

I tak mnie jakoś dobiły te zgnite tulipany ostatecznie. Ostatecznie wszystko zgnije, nie? (albo się ususzy, ale to już semantyka)

czwartek, 7 lutego 2013

gdyby świat cały obrósł w niebieskie migdały

Gdyby pozwolono mi wrócić do łóżka na resztę dnia, to nie kręciłabym nosem, że na kolację tuńczyk zamiast łososia i nie miauczałabym wściekle, gdy ograniczonoby mi wolność do jednego piętra, na którym BYNAJMNIEJ znajduje się łóżko i inne miękkie sprzęty.

Ot, taka refleksja MIĘ naszła o poranku.

wtorek, 29 stycznia 2013

nie wierzę im jak psom

Jako doskonale jałowej połowie usankcjonowanego prawnie związku małżeńskiego, pozostaje mi wystawić środkowy palec w kierunku posłanki P., i zaśmiać się na głos z dziką satysfakcją, jak też koncertowo ją zrobiłam w chuja - ona mi ulgi i dziedziczenie, a ja jej w zamian okrąglutkie, tłuściutkie ZERO. Ani jednego podatnika, z którego w przyszłości można by ściągnąć haracz na pensję pani, tfu, posłanki. I jeśli by kiedyś powstała mi nieśmiała myśl o rozmnożeniu się, to przysięgam, że będę tłumić ją w zarodku, a nie dam głupiej krowie satysfakcji.

Komu głos w wyborach, komu...?

czwartek, 24 stycznia 2013

nie polubię Cię

W poniedziałek delikatnie zasugerowałam, że należałoby odsnieżyć wjazd. Zażądano poparcia tej tezy przekonywującymi argumentami. Argumentowałam, że nasypuje mi się do butów. Odparto, żebym zaopatrzyła się w wyższe buty. Najlepiej wodery. Argumentowałam, że brama się w końcu przestanie otwierać. Argument zbyto wzruszeniem ramion, nie zaszczycając go odpowiedzią. Argumentowałam, że wszyscy tak robią. Równie dobrze mogłam przekonywać kota. Argumenty mi się wyczerpały.

We wtorek wzięłam sprawy w swoje ręce i zaoszczędziłam na dwóch godzinach fitnessu. W środę rano sytuacja wróciła do punktu zero, jakby wtorku w ogóle nie było. Odśnieżyłam ponownie, choć świtała mi już na horyzoncie nieśmiała myśl, że po uj.

Dziś mamy czwartek. Wyjeżdżając rano z domu zakopałam się na własnym podwórku.

Wszyscy kochamy zimę, czyż nie?

W tym sezonie zaliczyłam tylko jedną stłuczkę nie z mojej winy, jedno wjechanie w zaspę (świeżutkie, z wczoraj) trochę z mojej winy i jeden mandat za korzystanie z aparatu telefonicznego bez użycia zestawu słuchawkowego ani urzadzenia głośnomówiącego prawie zupełnie z mojej winy, i póki co to by było na tyle. Czekam, przebieram nóżkami z niecierpliwością, co dalej, co dalej. Cóż za fantastyczne niespodzianki jeszcze niesie dla mnie ta zima?

Poza tym co.

Ostatnia Peszkowa niezła, choć w pierwszej chwili sprawia, że masz ochotę wyrwać sobie flaki i przybić je do krzyża. Za to ostatnia Masłowska wybitna. Jednak kobiety mają w sobie coś takiego, czego facet nie zrozumie. Co nie?

Śnią mi się ostatnio plaże Kambodży i króciutko ostrzyżeni mężczyźni, oferujący mi kolorowe drinki i nie tylko. Czuję, że jeden z tych snów musi się spełnić. W sumie nie będę się upierać, Ty zdecyduj, który.

sobota, 3 listopada 2012

dziś jest fajnie

Leżę.
Słońce, basen, palmy kokosowe i jakieś takie włochate choinki.
Leżak mnie trochę uwiera w brodę. Może by tak przewrócić się na plecy? Może za chwilkę. Jeszcze chwilkę tak sobie poleżę.

Drinka? Nieee, dzięki, już piłam.
Piwo? Jezuuu, ile można. No dobra. Ale ostatnie już przed obiadem.

Leżę.

Nudna ta książka. Basen może? No może. Za chwileczkę.

Plaża? Może jutro.

Błogość. Pachnie jakimiś kwiatami i olejkiem do opalania. Surferzy z Autralii, z blond kitkami i opaleni na brąz. Inny świat. Muzyka. Pulsowanie. Trans.

Może już nie wstanę?

Może też zapadnę ma depresję i nie wstanę z hamaka przez rok? Dlaczegóż by nie. Historia zna podobne przypadki. I podobno można na tym nawet nieźle zarobić.

blondynka na bali?

Samotna wyprawa do Indonezji. Miesiąc spędzony w drodze przez wulkany i plaże, pola ryżowe i tropikalne lasy. Świątynie, kadzidełka, spotkanie z szamanem i Boże Narodzenie o zapachu dojrzałych durianów. Było bosko!

Czy ktoś, kto pisał tę recenzję w ogóle przeczytał dzieło pani Pawlikowskiej? Czy po prostu zahaczył okiem kilka kluczowych słów kartkując książkę w biegu i sklecił na kolanie 3 zdania, które miały za zadanie ją sprzedać, ale w żadnym razie nie streszczać? To jest zwyczajne oszustwo, za co wydawcę i autora spotyka zasłużona kara - ja więcej po książkę autorstwa pani Beaty raczej nie sięgnę. 

Kłamstwo nr jeden - "na Bali". Otóż wyspy Bali dotyczą tylko początkowe rozdziały, w których autorka głównie zastanawia się, jak najszybciej z Bali sie wydostać i przenieść na sąsiednią Jawę i dalej, byle jak najdalej od diabelskiej Bali!

Kłamstwo nr dwa - "było bosko!". Bo Bali według pani Beaty to jedno wielkie oszustwo, szmira i kicz, fatamorgana stworzona wyłącznie dla turystów, gdzie każdy tubylec na każdym kroku usiłuje Cię okraść, gdzie turyści przybywają wyłącznie w poszukiwaniu seksu i narkotyków (wwiezienie których do Indonezji, nota bene, zagrożone jest karą śmierci), zamiast w poszukiwaniu rozwoju duchowego. Przez jakieś 50 stron książki autorka żali się jakieś 50 razy na niemożność skorzystania lokalnego transportu, w zamian za co oferuje jej się wyłącznie klimatyzowane minibusy. No skandal po prostu, zdziczenie obyczajów, sodomia i gomoria! Klimatyzowane busy w 36-stopniowym upale, kto w ogóle to wymyślił?! To trochę tak, jakby obcokrajowiec upierał się, że on koniecznie musi jechać z Warszawy do Krakowa wozem drabiniastym, albo CO NAJMNIEJ pekaesem ogórkiem z klatką z kurami w przejściu, bo inaczej to nie jest prawdziwa Polska!

A to całe poszukiwanie duchowości, prawdy i ekologiczności odbywa sie na papierze kredowym, pięknie ilustrowane, w twardej obwolucie. Ile mniej drzew zostałoby ściętych, pani Beato, gdyby wydać tę książkę na szarym papierze w miękkiej okładce? Hipokryzja czy tylko marketing?

Jedno mnie tylko ucieszyło, że mimo tej twardej, ciężkiej oprawy wzięłam tę książkę ze sobą na Bali, bo zwyczajnie nie miałam czasu do niej zajrzeć przed wyjazdem. Dobrze zrobiłam. Gdybym przeczytała ją wcześniej, to pewnie na biegu przebukowywałabym bilety albo prosto z lotniska w Denpasar jechałabym na Jawę i byle dalej. I nawet nie byłabym świadoma, tak jak najwyraźniej umkneło pani Beacie, co tracę!

Nie podobało się, ale coś napisać trzeba było, bo inaczej kto zapłaciłby za bilet na tę przeklętą wyspę? A tak proszę, pan płaci, pani płaci. I biznes sie kręci. I kolejna wyprawa w poszukiwaniu duchowości ma za co sie odbyć. A że okłamujemy bezczelnie czytelnika? A kogo to obchodzi?

środa, 8 sierpnia 2012

lato, trwaj!

Co ja mam napisać, jeśli naprawdę wszystko jest fajnie?

O, na przykład że jabłka gniją mi w sadzie. Jabłonie obrodziły w ilości zupełnie dzikiej i kto to teraz będzie zbierał? Na całe szczęście z całą pewnością nie ja, gdyż a) mam chore kolano i nie mogę kucać, b) jestem asertywna wystarczająco, żeby gnijące na ziemi zamiast być upchanymi w słoiki na zimę dobra nie spędzały mi snu z powiek czy chociażby kładły się cieniem na moim wizerunku idealnej pani domu, a gdyby komuś to nie pasowało, to patrz punkt a) - ja nawet CHCĘ, ale.

I to kolano, właśnie! Coś tam sobie naderwałam, miesiąc mam się oszczędzać. Byłam nawet u sławy od kolan, bo wiadomo, trzęsę się nad sobą jak nad zgniłym jajem czy jakoś tak, pomacał, poklepał i kazał odpoczywać, ze sławą od kolana kłócić się nie będę. No i cały potencjał narzekania jakby lekutko psuje mi fakt tego zaleconego odpoczywania właśnie - leżę sobie z nogą w górze na tarasie i tak od dwóch tygodni. Żeby chociaż bolała, ale nie bardzo.

Leżę więc na tym tarasie, koszę trawę, zbieram jabłka, robię kanapki do pracy, gotuję obiadki (już  lada dzień mają mnie odznaczyć honorowym laurem Stepford Wives), planuję kolejne wakacje, oglądam stare seriale, piję zimne wino i tak sobie myślę, że życie wcale nie jest takie najgorsze, jeśli mu tylko na to pozwolić. I pod warunkiem, że jest lato.

czwartek, 26 lipca 2012

lato w mieście

Poszłam jednak na to wino. W sumie to może i nie powinnam była, bo był czwartek i musiałam w tym celu porzucić samochód w miejscu publicznym (zapominając uiścić należności za parkowanie w piątek, bo przecież miałam mocne postanowienie spożywania wyłącznie cocacoli light, przy czym już wtedy wiadomo było bez cienia wątpliwości, że sama siebie oszukuję), ale dzieciaki w naszym wieku jeździły na deskorolkach, leżaki były takie wygodne, wino zimne, klimat imprezowy, a towarzystwo wyborne, że nie można było być sztywniarą mimo śpileczek w miejsce trampków i jak zwykle za dużo było wszystkiego, i tylko cudem następnego ranka zachowałam przytomność w wypełnianiu obowiązków zawodowych, które na szczęście nie obejmowały operowania dużymi urządzeniami mechanicznymi, bo temu  bym nie sprostała. Takie czwartki to ja poproszę co tydzień.

A potem był weekend i znów mieliśmy 20 lat, przegraliśmy podobno jakieś pieniądze w karty, ale warto było bez dwóch zdań. W przyszły weekend też chętnie przegram jakieś pieniądze w karty!

To było wczoraj, w niedzielę. A dziś znów mamy czwartek, mały piąteczek.
Bardzo lubię letnie weekendy.

środa, 18 lipca 2012

kości zostały (wy)rzucone

MNM to taki więcej hurtownik jest. Jak nie kupuje, to nie kupuje nic przez dwa lata, ale jak już kupuje, to dawać co tam macie na składzie, wszystko bierę jak leci! 10 kilo kaszy, 12 litrów mleka, dwa mendle jajek, dwa garnitury, dwie pary identycznych butów (nie-do-pojęcia! jak można sobie własnoręcznie i zupełnie dobrowolnie odebrać przyjemność wybrania nowych, INNYCH butów?), 12 par majtek, a dziś na ten przykład - 10 kilo kości wołowych, lekutko zmiażdżonych. Kaszę i garnitury to jeszcze od biedy mamy gdzie trzymać, ale kości? W lipcu? Nawet przy tej pogodzie, mimo wszystko. Własne psy też już odmawiają współpracy, zakopują. Może psy sąsiada...?

A mnie prześladują takie jedne buty, kozaczki cudnej urody, które w jakimś szalonym widzie odłożyłam na półkę mimo walących po oczach walorów wizualnych oraz siedemdziesięcio(!!!)procentowej obniżki. Matko, jaka ja jestem głupia, to szkoda gadać w ogóle.

Co poza tym. Jeszcze trochę dżetlag. Człowiek nie wie, czy spać, czy wstawać, robić czy leżeć, pić kawę czy wino, lipiec czy palić w kominku i o co w ogóle chodzi.

Jednak napaliłam.

panieboże, pozwól mi

być w przyszłym życiu kotem domowym!


















Tak, mam zielone paznokcie. I?
Tak sobie myślę, że chyba mi się aceton na wzrok rzucił.

wtorek, 17 lipca 2012

frankie says relax

Budzik przypomina mi, żeby zjeść śniadanie. Dwie kanapki z twarożkiem i pomidorem, kawa z mlekiem. Zjeść spokojnie, na siedząco, bez stresu, bo śniadanie to najważniejszy posiłek i ma mnie naładować pozytywną energią na resztę dnia. Dla pewności dorzucam magnez-stres i garść kolorowych pastylek.

Wiec siadam.
Jem.
Nie stresuję się.

I widzę, że trzeba jeszcze wstawić zmywarkę. Umyć podłogę w ganku, najlepiej wodą z octem, żeby koty pojęły wreszcie zbyt chyba delikatną wcześniej sugestię. Zdjąć tysiąc pińcet wykonanych kilka dni wcześniej prań ze sznurków, dla reszty domowników jest ono najwyraźniej niewidzialne, cuda, panie. Wyczyścić kuwetę, a nawet dwie.

Siedzę.
Jem.

Spłacić kredyt, bo właśnie się przeterminował. Odnieść spódnicę do naprawy zamka i buty do szewca. Kupić lustro do łazienki, szybę do prysznica i rolety. Pojechać po ramki na zdjęcia, wsadzić w nie uprzednio wywołane fotografie, żeby znów nie wisiały przez dwa lata z panem z ramki, a goście pytają "a kto to?". Pomalować taras. Kupić worki na śmieci.

Siedzę.

Rozpakować nareszcie do końca dwie walizy. Posegregować suche pranie. Dać zlecenie automatycznej zapłaty za telefon, żeby nam znów nie wyłączyli z braku pieniędzy na czas. Ułożyć książki w gablotce. Umyć samochód, bo już wstyd. Odnieść zegarek do naprawy, może w końcu przestanę sie wszędzie spóźniać i będę sie spóźniać tylko w niektóre miejsca, starannie wybrane. Dać psom jeść.

I tak oto jestem spóźniona na zakład, a zapowiedziana wizyta szefa szefa przyprawia mnie o skręt kiszek.
Chuj strzelił relaks.

poniedziałek, 16 lipca 2012

sobota, 14 lipca 2012

my'o'my

Co robiłam, jak mnie nie było?
A czego ja nie robiłam.

Złaziłam kilka fajnych miejsc wzdłuż i wszerz, w trybie 12h/dobę, aż mi sie moje najstarsze trampki rozlazły na palcu i tak zakończyła sie nasza piętnastoletnia przygoda.
Zrobiłam milion zdjęć, z których może ze 3 nadają sie do pokazania publicznie, na żadnym z nich oczywiście nie ma mnie.
Jadłam do wypęku wszystko, co nadawało sie do jedzenia, bo przecież TAKA OKAZJA, a potem umierałam. Aczkolwiek do takich specjałów jak snikersy panierowane i następnie smażone w głębokim tłuszczu / frytki maczane w waniliowym szejku / coca-cola z lodami jakś się nie przekonałam. Za to na hamburgera i frytki nie spojrzę przez rok.
I nawet dużo nie piłam, dziwne, co? Chociaż w sumie mało też nie. Mają tam taką fajną zasadę BYOB - znaczy się, ze przynosisz na śniadanie swoją butelkę i nie musisz pić pod stołem ani z butelki po cocacoli, tylko kulturalnie, pani przynosi Ci kieliszki, wszystko można. I do pedicuru też podają szampana. Czyż to nie wspaniały pomysł?
Odwiedziłam pikassów, monetów, mironów, kandińskich, warholów i całą resztę - nie żebyśmy się nie polubili, ale co za dużo to niezdrowo.
Dotykałam śpileczek samego manola!!! Ależ tam u niego są mięciuteńkie dywany, człowiek zapada się po kostki.
O zakupach nawet nie chce mi sie zaczynać. Ale na rachunek karty kredytowej boję sie spojrzeć co najmniej tak samo, jak na wagę.
Potem trochę tańczyłam, ale tylko do północy.
Uprawiliśmy z MNM hazard z prawdziwego zdarzenia i nawet owszem, ze skutkiem pozytywnym. Na śplieczki od manola nie starczyło, ale na śniadanie czemu nie.
A na sam koniec w hotelowym lobby na kanapie wylegiwał sie tłusty (jakżeby inaczej) kot, spychając pobliskie centrum dowodzenia światem na plan co najmniej drugi.

No i tak.
A teraz jestem już w domu i muszę przyznać, że tu jest jeszcze fajniej.
Z nowości - mamy nową mysz. Siedzi pod lodówką. Chyba obetnę sierściuchom racje żywieniowe.