piątek, 5 listopada 2010

jedna pani drugiej pani

Jak kiedyś pojawię się na spotkaniu towarzyskim w kaloszach, to o ile spotkanie to nie będzie miało charakteru grzybobrania lub innego gospodarczego, proszę - dobijcie mnie.

Serio? Tera na imprezę to nie ma jak gumiaki?
Do kompletu z cudnymi walonkami sprzed kilku sezonów. Nie, nie i NIE. Nie dam się tak oszpecić, choćby i Dior we własnej osobie przykazał mi wzuć to paskudztwo.

Więc tak: obleciałam z ozorem pobliskie skupiska handlowe, odnotowałam bez większego zdziwienia, że ubrań gustownych, dobrze skrojonych i nie ze szmaty do podłogi nie oferuje się w sprzedaży, dowiedziałam się, że sprzedawczyni w sklepie S. umawia się z Marcinem tylko po koleżeńsku i że jak raz poszła z nim do łóżka to jeszcze o niczym nie świadczy, niech sobie nie myśli, jutro też się z nim spotka, "na koleżeńskie mohito", ale nadziei żadnych mu dawać nie będzie, za to brunetka z P. została podle, po prostu podle! potraktowana przez szefową, o czym oznajmiła koleżance i połowie klienteli łykając łzy. Czyli nic nowego. Niezrażona, nabyłam zestaw szmat i błyskotek, których pewnie jeszcze przez wyjściem z domu pożałuję, wiem to. No chyba żebym nagle schudła 5 kilo, wtedy szmaty wszystko jedno, i tak będę wyglądać bosko. Albo albo.

Jutro impreza, a ja wciąż nie umówiłam się na manikjurę! Lecę.

1 komentarz:

  1. Gumiakom i walonkom na salonach stanowcze NIE

    OdpowiedzUsuń